Ołowiane dzieci

Ołowiane dzieci

Właśnie skończyłam oglądać „Ołowiane dzieci” i muszę to powiedzieć, że to serial, obok którego nie da się przejść obojętnie. Jeśli jeszcze się wahacie, jest kilka powodów, dla których warto zarezerwować sobie wieczór (lub trzy). Należy jednak pamiętać, że adaptacja filmowa to nie kserokopiarka! W sieci często widzę komentarze: „Ale w książce było inaczej!”No i całe szczęście!

Dlaczego? Hm...warto pamiętać o kilku zasadach świata filmu.

1. Każdy film, serial to zawsze interpretacja. Każdy, każdziuteńki obraz (nawet dokumentalny!!!), przechodzi przez filtr oka, wyobrażni i wrażliwości reżysera (ale przecież również i montażysty, scenarzysty). To zawsze jest CZYJAŚ wizja rzeczywistości.

2. Gdyby seriale były identyczne jak książki, stracilibyśmy całą magię „drugiego życia” tej samej historii. Nie macie pojęcia, jak się cieszę na obie "Lalki"!

3. Fabuła rządzi się swoimi prawami i są one inne od praw literatury. Musi mieć dynamikę, tempo i emocje, które czasem wymagają skrótów lub zmiany akcentów, postaci, wydarzeń.

Co Państwo znajdziecie w „Ołowianych dzieciach”? Mroczny, duszny klimat Śląska za czasów komuny, gdzie walka o zdrowie dzieci zderza się z potężną machiną państwową i przemysłową. To opowieść o odwadze (rewelacyjna rola dr Jolanty Wadowskiej-Król w wykonaniu Joanny Kulig), o brudnych tajemnicach systemu, o determinacji, która potrafi skruszyć najtwardszy beton, o relacjach w małych społecznościach, o tym, jak czasem trudno się dogadać w ważnych sprawach.

Nawet jeśli znacie reportaż Michała Jędryki na wylot, nawet jesli znacie książkę "Doktórka z familoków", dajcie się ponieść "Ołowianym dzieciom". To gęsty, świetnie zagrany dramat. 



walentynki

walentynki

Walentynki są spoko. 

Serio. Kwiatki, kolacja, serduszka, trochę kiczu, trochę magii – raz w roku można się pobawić w romantyczny film i nikt nie powinien mieć o to pretensji. ❤️😄

Ale umówmy się… prawdziwa miłość tutaj nie mieszka. Ona mieszka gdzie indziej.

W smsie „Dojechałem”.

W zdaniu „Zrobiłem ci herbatę, bo wyglądałaś na zmęczoną”.

W uśmiechu „Zostawiłem ci ostatni kawałek pizzy”. 

W codziennym „Co u ciebie?”. 

W milczeniu i chrupkach w miseczce, kiedy wieczorem odpalacie Netflix. 

W rosole przygotowanym, bo ktoś jest przeziębiony i pociąga nosem. 

W kawie do sobotniego wydania ulubionej gazety. 

W całusie w szyję, kiedy gotujesz dla niego to, co lubi. 

W dłoni na twoim kolanie, kiedy jedziecie samochodem. 

Miłość nie zawsze ma czerwoną sukienkę, cekiny i umalowane usta. 

Czasem ma rozciągnięty dres, rozczochrane włosy i zakupy w reklamówce.

Więc tak to widzę… świętujmy, jeśli mamy ochotę, ale pamiętajmy, że najważniejsze„Kocham Cię” dzieje się zupełnie po cichu.

W zwykły wtorek. Lub środę. 

Bez fanfar. 

Bez promocji na czekoladki.

Dobrego weekendu!


P.S. A gdyby szukali Państwo dobrek powieści o miłości, to wiecie, gdzie szukać. :-)